Facebook

Wspomnienia

Powojenne szlaki “Jerzego” Ryszarda M. Białousa

 

Po Kapitulacji Powstania Warszawskiego “Jerzy” razem z liczną grupą powstańców dostał się do niemieckiej niewoli. Przez osiem miesięcy powstańcy byli przewożeni, czasami szli pieszo z jednego lagru do drugiego.

 

Pierwszy obóz, który “gościł” powstańców był Groos Born, po dość krótkim czasie pobytu w tym obozie część powstańców, miedzy którymi był “Jerzy” została przewieziona do Bergen Belsen, gdzie spędzili gwiazdkę 1944 r.

 

Według listy, którą napisał “Jerzy” w tym obozie miał za towarzyszy: por.Wyganowski, ppor. Wojdat por. Cisowski, por. Stańczyk, ppor. Dziekoński, ppor. Świcszkowski, ppor. Więckowski, kpt. Babinicz, por. Garda, ppor. Śniadecki, ppor.Przebój, ppor. Wierzycki, ppor. Drzazga Bogusławski, ppor. Kowalski, ppor. Salomonik, kpt. Barkowski, ppor.Walecki, ppor. Wellenger, ppor. Urbański, ppor. Piątkowski, ppor. Chmurzyński, ppor. Orzechowski, ppor. Mieszkowski.

 

Niemcy przegrywali wojnę, front się zbliżał więc cały obóz został przeniesiony do Sandbostel.

 

Pod koniec wojny obóz został zajęty przez Brytyjską Pierwszą Brygadę Pancerną.

 

Po odzyskaniu wolności “Jerzy” robi kurs spadochroniarski i wstępuje do Pierwszej Samodzielnej Brygady Spadochronowej podlegającej aliantom.

 

W Brygadzie spełnia funkcję oficera zajmującego się legalizacją i opieką nad żołnierzem.

 

Atmosfera w jakiej żyli ex-jeńcy wojenni i żołnierze polscy znajdujący się na zachodzie była bardzo zła ze względu na zdradę aliantów, którzy zostawili Polskę pod sowiecką orbitą.

 

Informacje z kraju donosiły o prześladowaniach rodzin byłych żołnierzy AK, a do tego że liczni AK-owcy zostali oskarżeni za “kolaborację z Niemcami”.

 

Brytyjczycy robili propagandę, namawiając polskich żołnierzy, którzy walczyli za wolność Europy na powrót do swojego kraju (już nie byli potrzebni, wręcz przeciwnie: przeszkadzali swoją obecnością w kraju, który do niedawna bronili).

 

W roku 1946 „Jerzy” z grupą kolegów z Brygady Spadochronowej organizuje akcję wywiezienia z Polski swoich rodzin.

 

Wypożyczają samochody ciężarowe z organizacji Y.M.C.A., kupują żywność, ubrania, koce, lekarstwa i wyrabiają “papiery” jako pomoc dla ofiar wojennych.

Przez “zieloną granicę” posyłają kilku emisariuszy żeby zorganizować miejsca zbiórek (nie było mowy o wyjeździe z jednego punktu ze względu na ilość osób, co mogło spowodować dekonspirację).

 

Pod koniec lata 1946 akcja się odbyła, każda rodzina miała prawo wziąć ze sobą 2 walizki (rodzina „Jerzego” wyjechała z Krakowa, punktem koncentracji był zakon karmelitek).

 

Droga wyjazdu przechodziła przez Czechosłowację, w ciągu jazdy wozy stacjonujące w innych punktach przyłączały się żeby przejechać przez granicę (na której straż była przekupiona), prawdziwa kolumna w której brakowało tylko jednego wozu (pustego) w którym jechał “konwojent”(ten wóz miał się zepsuć i jechać oddzielnie, żeby konwojent nie widział ludzkiego “szmuglu”).

 

Niedaleko Pragi w miejscowości gdzie płynie mała rzeczka, kolumna wozów ciężarowych zatrzymała się żeby ludzie (specjalnie dzieci) mogli odetchnąć i było można wymyć wozy. W tym trakcie “dogonił” kolumnę zepsuty wóz (postój nie widniał w oryginalnym planie jazdy), “konwojent” zaczął awanturę, więc „Jerzy” musiał go uspokoić do czego wystarczyła zdecydowana postawa i widok broni.

 

Po odpoczynku kolumna pojechała dalej, przejechała granicę niemiecką, dojeżdżając do części zajętej przez Brytyjczyków, gdzie przeładowano ludzi na samochody osobowe, które odwiozły rodziny najpierw do obozu dla cywilów a po paru dniach do ustalonych miejsc zamieszkania (podobno konwojent nie wrócił do Polski).

 

W Niemczech „Jerzy” z żoną Krystyną Błońską i trojgiem dzieci pracował w ramach Brygady Spadochronowej generała Maczka, mieszkając najpierw w Bersenbruk a potem w Bramsche (niedaleko granicy holenderskiej).

 

Poza pracą w brygadzie spadochronowej „Jerzy” uczestniczył w organizacji Harcerstwa Polskiego za granicą, będąc przedstawicielem na jamboree w Paryżu.

 

W roku 1947 „Jerzy” zostaje odkomenderowany do Anglii, konkretnie do Polskiej Komisji Historycznej, pracując w Londynie. W komisji historycznej pracuje w opracowaniu 3 tomu “P.S.Z. w drugiej Wojnie Światowej”.

 

Podczas pobytu w Londynie „Jerzy”, tak jak liczni rodacy, którzy wybrali przymusową emigrację, musi podjąć decyzje powrotu do Polski albo wybrania definitywnego kraju zamieszkania.

 

Analizuje stosunki w pozostawionym przez aliantów w orbicie sowieckiej kraju, gdzie dalej rozwijała się “nagonka” na byłych żołnierzy AK pod zarzutem kolaboracji z Niemcami, co jest decydujące dla podjęcia decyzji o pozostaniu na emigracji.

 

Południowa Ameryka, specjalnie Argentyna i Brazylia nie stawiały jako podstawowego warunku do przyjęcia emigrantów przywiezienia kwoty kapitału, więc ten pierwszy kraj został wybrany na miejsce osiedlenia.

Po roku pobytu w Londynie „Jerzy”, z grupą znajomych wyjeżdża do Argentyny na statku Royal Marine “Empire Truper”. Podczas podróży pełni funkcję oficera do spraw pasażerów (a pasażerami byli kombatanci z rodzinami).

 

Dziesiątego Lipca 1948 (pełna zima na południowej półkuli) emigranci wysiadają na ląd w Buenos Aires – stolicy Argentyny.

 

Od razu „Jerzy” skontaktował się z organizacją polskich emigrantów i w krótkim czasie dostał pracę polegającą na projektowaniu mieszkań. Tę pracę wykonuje razem ze swoją żoną Krystyną Błońską.

 

Nieznajomość języka hiszpańskiego ograniczała bardzo pole pracy a jak przyszła wiosna w Buenos Aires zaczęły się nieznośne upały, co przy bardzo wysokiej wilgoci działało negatywnie głównie na zdrowie Krystyny.

 

W październiku rodak ze “starej” emigracji zaproponował „Jerzemu” zorganizowanie fabryki domów drewnianych w Patagonii.

 

Patagonia argentyńska leży na południu kontynentu; jest to trójkąt mający około 3000 km długości na 500 km szerokości, na wschodzie graniczy z Oceanem Atlantyckim a na zachodzie góry “Kordyliera de los Andes”, które stanowią naturalną granicę z Chile.

 

Większość powierzchni patagońskiej to pustynia; na zachodzie natomiast jest pokryta gęstymi lasami mając liczne jeziora pozostałe po lodowcach (krajobraz przypomina fiordy norweskie).

 

Ludność w Patagonii wynosiła w roku 2008 około 3 ludzi na km2.

 

Miejscowość Quillen leży 1600 km na południowy-zachód od Buenos Aires w Prowincji Neuquen, jest to dolina w Andach o wysokości 1000 m nad poziomem morza, otoczona górami i lasami z jeziorem pozostałym po lodowcu, sięgającym granicy Chile.

 

„Jerzy” pojechał. Pociągiem, po 24 godzinach jazdy przesiadł się na ciężarówkę, którą jechał 5 godzin, a na końcu 6 godzin konno (jeszcze leżał śnieg na drogach).

 

Po przybyciu do Quillen „Jerzy” nie wrócił po rodzinę do Buenos Aires, natomiast napisał do żony list, w którym opisał krajobraz, prosząc żeby przy pomocy przyjaciół zapakowała wszystko i przyjechała. “Krystyno, to co nam powiedzieli o warunkach, wygodach itd. wszystko nieprawda, ale to co nam nie powiedzieli to przekracza brak warunków: piękna dolina, otoczona górami pokrytymi lasem, wyżej leży śnieg, w dolinie rzeka wypływająca z jeziora kręci się meandrem, pełno dzikich gęsi, kaczek, zajęcy, zielone pastwiska na których pełno krów, koni, owiec, kóz, klimat i pejzaż przypomina Tatry….”

 

Dolina Quillen ma krajobraz i klimat podobny do Karpat, zima trwa 5 miesięcy, wiosna i lato 4 miesiące a przez pozostałe 3 pada deszcz.

W roku 1948 kiedy do Quillen przyjechał „Jerzy” z rodziną, na miejscu mieszkała tylko jedna rodzina europejskiego pochodzenia (zajmujący się hodowla owiec Darcy Mac Keon z żoną Hiszpanką i dwojgiem dzieci), po zatem było około dziesięciu rodzin Chylijczyków pochodzenia araukańskiego (plemiona oryginalnych mieszkańców).

 

Jedyna skrzynka pocztowa mieściła się w odległej o 24 km miejscowości Rahue (gdzie mieszkało około 12 rodzin, najbliższy lekarz to wojskowy urzędujący w garnizonie żandarmerii granicznej, odległym o 54 km górskiej kamienistej drogi (miejscowość Alumine gdzie mieszkało około 160 ludzi, obecnie około 3.000).

 

Najbliższe miasto (miało 2.300 ludzi), zakończenie toru kolejowego, mająca sklepy spożywcze, księgarnie, szpital, policje, szkoły, leży o 146 km trudnej drogi, która ze względu na wysokie przełęcze (2100 m) bywałą zawalona śniegiem od maja do sierpnia.

 

Na miejscu nie było światła elektrycznego (używało się lampy naftowe i świece), wodę trzeba było pompować ręcznie z rzeki do zbiornika, wodę do kąpieli grzało się przy pomocy żelaznej kuchni na drzewo. Na zimę każdy mieszkaniec musiał sie zaopatrzyć w zapasy minimum na 3 miesiące, bo na miejscu tylko można było kupić baranie mięso.

 

Początkowo, „Jerzy” z rodziną mieszkał w pożyczonym małym domku gościnnym właścicieli majątku, ale szybko (w 3 miesiące) wybudował sobie dom drewniany z 3 pokojami sypialnymi, kuchnią, łazienką, warsztatem, pokojem na zapasy, gościnnym, jadalnią i salonem. Przed zimą obok domu stanął magazyn na drzewo do kuchni (drzewo musiało starczyć na całą zimę ze względu na deszcze i śnieg, które nie pozwalały na rąbanie).

 

Po roku koło domu wybudowany został kurnik, stajnie (koń był głównym środkiem lokomocji), powstał ogród warzywny, żeby mieć jajka, mięso kurze, indycze, kacze, świeże warzywa i owoce.

 

Uczeniem dzieci zajmowała się Krystyna specjalnie matematyki, historii, geografii i języka polskiego. Znajoma Argentynka uczyła pisać i czytać po hiszpańsku a w grudniu jechało się do Alumine zdawać egzamin.

 

Krystyna zajmowała się także szyciem ubrań i robieniem swetrów na drutach dla męża i swoich dzieci.

 

Tartak został szybko uruchomiony, maszyny napędowe stanowiły 2 turbiny wodne ze spadkiem 50 metrowym; te turbiny uruchamiały piły i maszyny stolarskie.

 

Po uruchomieniu tartaku i biorąc pod uwagę brak opadów w lecie firma kupiła parowóz i małe dynamo na prąd stały.

 

Parowóz został podłączony do piły a jedna turbina została podłączona do dynama, które dawało światło elektryczne.

 

„Jerzy” wybudował linię elektryczną na prąd stały do domu właścicieli majątku, swojego, biura firmy i tartaku.

 

Po paru latach zostało zainstalowane większe dynamo na prąd normalny, rozbudowana została linia elektryczna i wszyscy mieli światło od 8 rano do 12 i od 18 do 24. Wybudował i zorganizował warsztat samochodowy, elektryczny i kuźnie potrzebne do reperacji maszyn i samochodów.

 

“Jerzy” zaangażował do pomocy grupę rodaków, byłych kombatantów. Przyjechali Leszek Makowski, Piotr Woźniak, Królak (weteran z Monte Cassino), Michał Masztalerz, Robert Zieleniewski (Argentyńczyk polskiego pochodzenia, który zgłosił się i walczył jako pilot w R.A.F.) Henryk Sierpina, Edward Prus, Andrzej Noworyta, Janusz Radomyski z rodziną (wyjechał po latach do Australii), Andrzej Grodzki z żoną, Zbyszek Fularski z rodziną, Jan Nowak , Piotr Wolski … i kilku innych.

 

Większa cześć Polaków to kawalerowie, więc został wybudowany dla nich “Dom dla kawalerów”, coś w rodzaju apart hotelu.

 

Dla rodzin zostały wybudowane mieszkania w miejscach przez każdego wybranych. Wszyscy Polacy zbierali się w piątek w domu “Jerzego”, opowiadali swoje przeżycia wojenne, śpiewali polskie pieśni i czytali na głos “Pana Tadeusza”.

 

„Jerzy” zaprojektował i wybudował niedaleko domu małą kapliczkę drewnianą w stylu zakopiańskim, w lecie przyjeżdżał z Buenos Aires na parę miesięcy polski ksiądz Tadeusz Łagowski.

 

Schemat pracy przedsiębiorstwa był następujący: drwale za pomocą siekier i ręcznej piły ścinali drzewa o średnicy od 0,6 m do 1,20 m i cięli kloce długości 4,50 m do 5,50 m. Za pomocą pary wołów ściągano bale do brzegu jeziora, gdzie robiono tratwę po mniej więcej 60 kloców każda. Tratwa płynęła przy pomocy żagla do końca jeziora, gdzie wyciągano bale przy pomocy innych par wołów, ładowano bal ręcznie na ciężarówki i wieziono 4,5 km do tartaku. Po roku “Jerzy” zdecydował przenieść tartak na brzeg jeziora, żeby uprościć pracę.

 

Na prymitywnym miejscu została tylko stolarnia, gdzie wytwarzano ściany domów, okna, dzwi, dachówki, meble itd. W tartaku nad jeziorem cięto kloce na prostokątne bale i deski.

 

W roku 1952 firma kupiła 6 ex-wojskowych samochodów ciężarowych (10 tonowe FWD z napędem na 4 koła) potrzebnych do przewożenia produkowanego towaru do Zapala, gdzie były sprzedawane.

 

Po latach „Jerzy” wybudował następny tartak na napęd parowy w samym lesie, więc używanie wołów zmniejszyło się, bo drzewo było przewożone ciężarówkami. Ale żeby to było możliwe trzeba było najpierw wybudować drogi z kilkoma mostami włącznie.

 

Po trzech latach “Kolonia Polska” bardzo się zmniejszyła, warunki zimowe a do tego śmierć właściciela majątku, który obiecał sprzedać każdej polskiej rodzinie parcelę ziemi; jego rodzina obietnicy tej nie dotrzymała – spowodowało, że zostali w Quillen tylko „Jerzy”, Janusz Radomyski, Zbyszek Fularski ze swymi rodzinami i Michał Masztalerz i Henryk Sierpina, którzy ożenili się z miejscowymi kobietami (rok 1952).

 

Między innymi obiektami „Jerzy” wybudował na miejscu: lotnisko, na którym lądowały małe samoloty klubowe zamawiane przez radio; kilkakrotnie lądowały przez omyłkę dwusilnikowe Dakoty (lotnisko jest dwukierunkowe, ma kształt litery X ze względu na kierunek wiatru). Zaprojektował i wybudował szkołę podstawową, kilka domów dla rodzin właścicieli majątku, nowy dom administracyjny firmy, 4 mosty i 160 km górskiej drogi.

 

W roku 1951 urodził się najmłodszy syn Ryszarda Białousa, Jerzy Edward Stanisław. Urodził się w zimie, kiedy drogi były zawalone śniegiem, więc do pomocy przy porodzie „Jerzy” sprowadził miejscową Indiankę.

 

W roku 1952 „Jerzy” dostał pełnomocnictwo dla administrowania dwóch majątków “Estancja la Ofelia” (10.000 ha) i “Estancja San Juan” (14.000 ha). Nowa praca dodana do przedsiębiorstwa drzewnego była zupełnie innego typu, bo chodziło o zajęcie się krowami i owcami a było około 1000 krów i 10.000 owiec, które w grudniu trzeba było ostrzyc, zaszczepić i do czego zatrudniało się miejscowych Indian (Araukanos).

 

Po wyjeździe większości Polaków „Jerzy” zapraszał na wakacje przyjaciół z Buenos Aires, więc przez parę letnich miesięcy jego dom był pełen gości. Inżynier Wiktor Ostrowski andynista mający za sobą wiele pokonanych gór, miedzy którymi był najwyższy szczyt Ameryki “Aconcagua”, Tadeusz Tabaczyński z rodziną, Wincenty Bartosiak, Krzysztof Radwański z żoną Haliną, Zbyszek Szumowski z żoną i dziećmi, Tadeusz Świerczewski z rodziną, Edward Fux z rodziną, i wielu innych.

 

W roku 1955 „Jerzy” ze względu na brak w okolicy gimnazjum zdecydował się na kupno placu i budowę domu w odległym o 146 km mieście Zapala, gdzie rodzina przenosiła się na czas szkolny czyli na zimę.

 

„Jerzy” dalej pracował w Quillen przyjeżdżając do rodziny, jeżeli pogoda na to pozwalała, dwa razy na miesiąc pod koniec tygodnia.

 

W Zapala „Jerzy” uczestniczył w organizacjach społecznych, zorganizował grupę harcerzy, został członkiem Rotary Club, gdzie po paru latach został powołany na funkcję Prezydenta. Znajomość tubylców (Araukanów) skłoniła go do wzięcia udziału w roku 1961 w pierwszym kongresie Araukanistów, który się odbył w San Martin de los Andes.

 

Wstąpił do partii politycznej i w roku 1962 został wybrany radnym. Nigdy nie objął stanowiska ze względu na zamach stanu, który wprowadził dyktaturę wojskową (zamachy stanu były charakterystyczne w Argentynie w tym czasie, odbywały się co 3 lata.

 

W tych latach “Jerzy” poznaje miejscowość znajdującą się także w Andach, ale 160 km na północ od Quillen. Przy granicy z Chile na zboczu wulkanu “Copahue”, mającego 2.700 m wysokości znajduje się ośrodek z bardzo prymitywnymi instalacjami termalnymi. Wędrując po tej okolicy “zakochuje się w dolinie Cawiahue” leżącej 11 km od Copahue.

 

Caviahue, ta mała dolina otoczona bazaltowymi górami, na których rosną stare araukarie ma ze strony wschodu jezioro a zachód zamyka wyżej wspomniany aktywny wulkan Copahue. Do jeziora wpada strumień rzeki Agrio (kwaśny ze względu na smak wody z kwasem siarkowym), który wypływając z krateru wulkanu spływa po głazach bazaltowych, na których rosną stare “Araukarie”, tworząc liczne wodospady.

 

“Jerzy” zachęca znajomych funkcjonariuszy Prowincji do wykorzystania miejsca do rozwoju – termalnego w Copahue i turystycznego w Cawiahue.

 

Od początku swojej pracy w Quillen „Jerzy” proponuje właścicielom majątku dwie akcje, jedna to sadzenie nowych drzew (drzewo, które używało się w tartaku to z naturalnego lasu mające bardzo wolny rozwój, trwający jeżeli chodzi o Araukarie minimum 150 lat); druga akcja to urządzenie ośrodka turystycznego,biorąc pod uwagę krajobraz i warunki do sportów wodnych ze względu na jezioro i rzekę, ilość ryb, specjalnie kilka rodzaji pstrągów, ptactwa, zajęcy, jeleni i dzików.

 

Właściciele Estancji nie podzielali tych myśli, co spowodowało, jak już pisałem wyjazd polskich rodzin, które mieszkały na miejscu. Brak sadzenia drzew po pewnym czasie spowodował brak materiału dla tartaku.

 

Po 16 latach pracy w Quillen w roku 1963 „Jerzy” rezygnuje i występuje ze spółki (miał 20% akcji) dostając kontrakt rządu Prowincji Neuquen na projekt ośrodka turystycznego w Caviahue. Razem z architektką Haliną Bukowińską (Polką która skończyła studia w Argentynie) zrobili projekt osiedla na 20.000 osób.

 

Projekt został zatwierdzony; pierwsze zabudowania zrobiły władze Prowincji: dwa hotele, dwanaście domków turystycznych i budynek na zebrania kongresowe. Blisko na płaskowzgórzu wybudowano lotnisko na średnie samoloty odrzutowe.

 

W roku 1968 „Jerzy” został mianowany dyrektorem rozwoju turystyczno-termalnego projektu “Copahue-Caviahue”, co pomogło uruchomić rozwój projektu.

 

Po zrobieniu projektu, „Jerzy” przez cały czas pełnił funkcję w rozwoju Copahue-Cawiahue – w tym czasie w Copahue władze Prowincji wybudowały nowy budynek do kąpieli termalnych mający ponad 5000 m2 plus cały szereg mniejszych zabudowań na kąpiele różnego typu.

 

W Cawiahue zaczęły się prywatne inwestycje, zaczęły wyrastać hotele, domy wczasowe, urządzenia turystyczne. Firma z Andorry zbudowała ośrodek na sporty zimowe z hotelami i wyciągami.

 

Na środku drogi między Copahue i Cawiahue władze Prowincji z pomocą japońskiej agencji JICA zainstalowały pierwszą w Argentynie turbinę geotermalną, która została podłączona do linii elektrycznej wysokiego napięcia – „Jerzy” był członkiem komisji, która te przedsięwzięcie prowadziła.

 

W 1971 roku „Jerzy” dostaje bezpłatny urlop; przez dwa lata pracuje w firmie “Adelphia” inżyniera Z.Kicińskiego i p. Parczewskiego (większość pracowników tej firmy to Polacy ex-kombatanci). Buduje 45 km górskiej drogi, 50 km linii elektrycznej wysokiego napięcia, 43 km rurociągu gazowego dla fabryki cementu. W roku 1977 zostaje mianowany dyrektorem termalnym do spraw rozwoju turystycznego Caviahue.

 

“Jerzy” pracował na różnych stanowiskach w Prowincji Neuquen, byl dyrektorem firmy która zarządzała elektrycznością i wodą na obszarze całej Prowincji. Podczas jego dyrekcji wybudowano “pierścień wysokiego napięcia” na północy, gdzie jest eksploatowana ropa naftowa, w licznym miejscowościach wybudowano rurociągi do wody.

 

Przez ten okres zawsze był ściśle związany z rozwojem Caviahue, pełnił jednocześnie dwie funkcje.

 

Obecnie do Caviahue dojeżdża się asfaltową szosą, miasto ma przeszło 2500 stałych mieszkańców, szkołę powszechną, stację benzynową, kilka restauracji, sześć hoteli, osiemnaście domów turystycznych, trzy wyciągi narciarskie krzesełkowe. W mieście ciągle buduje się nowe hotele, prywatne domy wczasowe i domki turystyczne do wynajęcia.

 

W grudniu roku 1984 mając 70 lat „Jerzy” przeszedł na emeryturę, wybudował dom w stolicy Neuquen, gdzie zamieszkał z żoną Krystyną, niedaleko mieszkań jego synów Jerzego i Jana.

 

Po śmierci “Jerzego” główna aleja Caviahue otrzymała nazwę “Ricardo Bialous”.

 

 

Jan (Juan) Bialous